Był późny wieczór. Na ulicach Londynu panowała
ciemność. Gdzieniegdzie stała zniszczona latarnia, która znudzona monotonią
nocy, mrugała światłem co jakiś czas. Jade wracała z imprezy. Miała dziś wolny
od pracy wieczór, co nie przytrafiało się zbyt często barmance najbardziej
znanego pubu w okolicy. Uśmiechnięta, wędrowała mroczną uliczką, przyspieszając
kroku. Chyba przeczuwała zbliżający się deszcz. Prawie biegiem wyszła na ulicę
przed własnym domem. Jeden moment, jedno spojrzenie i uchwycony obraz
nadjeżdżającego samochodu, a zaraz potem chwilowa utrata świadomości. Umarła?
Nie. Nie była nawet ofiarą wręcz nieuniknionego wypadku. Złapała oddech, jednak
wolała nie otwierać oczu. Po chwili, dziewczyna zdała sobie sprawę, że wciąż
jest w ruchu. Zdziwiona, zdobyła się na uchylenie powiek. Ktoś trzymał ja na
rękach. Tak, to na pewno mężczyzna. Ma silne ramiona i… o Chryste, skrzydła?!
To niemożliwe. Znów zemdlała.
Jade przebudziła
się dopiero po 15 minutach. Zamrugała powiekami i otworzyła oczy. Znajdowała
się w mieszkaniu, własnym mieszkaniu. Leżała bezpiecznie na kanapie. Podniosła
się i rozejrzała po pokoju. Był on prawie pusty, nie licząc owej kanapy,
jednej, zniszczonej szafki i wielu kartonów ustawionych rządkiem pod ścianą.
Poprzez ciągłą pracę, kobieta nie miała nawet czasu się rozpakować.
Przeprowadzki zdecydowanie były najgorszą rzeczą, które spotykały ją co jakieś
trzy miesiące. Ciezko jest się utrzymać z pracy za barem.
W pewnej chwili przed oczami stanął jej obraz mężczyzny, który wnosił ją po schodach. Pomyślała wówczas, że to zwykłe złudzenie.
- A jednak Cię zawiodę piękna, jestem prawdziwym skrzydlatym.
Dziewczyna szybko zerwała się z miejsca i wtedy zobaczyła to coś siedzące na krześle. Wyglądał jak mężczyzna, w dodatku bosko, wręcz nienaturalnie przystojny. Miał włosy sięgające ramion w kolorze ciemnego blondu, choć w świetle wygladał na rudego. Piękne, czarne oczy, i wąskie usta, wykrzywione w ironicznym uśmiechu, a tuż pod nimi lekki zarost, dodający zdecydowanie męskości. Postać ubrana była w czarny, długi płaszcz, oraz wąskie, skórzane spodnie w tym samym kolorze i wojskowe buty. Siedział oparty na krześle, z rekoma założonymi za głowę i nogą na nodze. Jade szybko chwyciła za lampę, stojącą na szafce i spojrzała groźnie w kierunku przybysza – wybawcy.
- Kim jesteś?! – Krzyknęła głosem pełnym obawy, ale i stanowczym.
- Spokojnie, kobieto. Wyskakujesz z lampą na kogoś, kto uratował Ci życie i to nie pierwszy raz.
Te słowa uspokoiły ją trochę, jednak powtórzyła pytanie:
- Kim jesteś do cholery?!
Mężczyzna, nadal z uśmiechem na twarzy wstał i przespacerował się po pokoju. Wyglądał na zamyślonego, jednak po chwili odezwał się.
- Na imię mam Edrahil. Reszty nie powinienem Ci zdradzać, bo pewnym jest, że dostanę wówczas tą lampą w głowę. – Zakończył, uśmiechając się czule.
W pewnej chwili przed oczami stanął jej obraz mężczyzny, który wnosił ją po schodach. Pomyślała wówczas, że to zwykłe złudzenie.
- A jednak Cię zawiodę piękna, jestem prawdziwym skrzydlatym.
Dziewczyna szybko zerwała się z miejsca i wtedy zobaczyła to coś siedzące na krześle. Wyglądał jak mężczyzna, w dodatku bosko, wręcz nienaturalnie przystojny. Miał włosy sięgające ramion w kolorze ciemnego blondu, choć w świetle wygladał na rudego. Piękne, czarne oczy, i wąskie usta, wykrzywione w ironicznym uśmiechu, a tuż pod nimi lekki zarost, dodający zdecydowanie męskości. Postać ubrana była w czarny, długi płaszcz, oraz wąskie, skórzane spodnie w tym samym kolorze i wojskowe buty. Siedział oparty na krześle, z rekoma założonymi za głowę i nogą na nodze. Jade szybko chwyciła za lampę, stojącą na szafce i spojrzała groźnie w kierunku przybysza – wybawcy.
- Kim jesteś?! – Krzyknęła głosem pełnym obawy, ale i stanowczym.
- Spokojnie, kobieto. Wyskakujesz z lampą na kogoś, kto uratował Ci życie i to nie pierwszy raz.
Te słowa uspokoiły ją trochę, jednak powtórzyła pytanie:
- Kim jesteś do cholery?!
Mężczyzna, nadal z uśmiechem na twarzy wstał i przespacerował się po pokoju. Wyglądał na zamyślonego, jednak po chwili odezwał się.
- Na imię mam Edrahil. Reszty nie powinienem Ci zdradzać, bo pewnym jest, że dostanę wówczas tą lampą w głowę. – Zakończył, uśmiechając się czule.
- Jeśli nie powiesz mi nic
więcej, możesz być pewien, że dostaniesz nią więcej niż jeden raz. –
Odpowiedziała groźnie dziewczyna.
- Dobrze więc. Jestem… tu powinien być werbel…- szepnął cicho – Twoim Aniołem Stróżem! – Wykrzyknął Edrahil, przybierając pozę Michaela Jacksona i śmiejąc się pod nosem.
Kobieta upuściła lampę. To co usłyszała, wydało jej się naprawdę kiepskim żartem. Tyle, że te skrzydła, które widziała..
- Nie wierzę Ci. To nie jest możliwe!
Wybawca przybrał poważną minę. Naprężył mięśnie i zaczął śmiać się z tego co robi, jednak za jego plecami pojawiły się ogromne, ciemnoszare skrzydła. Zamachał nimi i wzbił się w powietrze niczym… anioł. No tak, w rzeczy samej. Jade upadła na ziemię z przerażenia. Edrahil stanął na ziemi i podniósł ją na rękach, układając znów na kanapie. Zaraz potem odsunął się i znów zasiadł na swoim miejscu.
- Jak to możliwe?! Skąd się wziąłeś, po co przyszedłeś?!! – Odezwała się słabym głosem.
- To, że nie wierzysz w anioły, nie oznacza, że nie istnieją. Tak samo jest z Niebem i Piekłem, choć w to drugie wierzy raczej większość nie-abstynentów po dobrej imprezie.
A to, że pytasz po co przyszedłem nieco mnie dziwi. Właśnie uratowałem Ci życie. Zero wdzięczności. Właśnie dlatego chcę rzucić tę robotę.. – Mruknął pod nosem.
- Więc zjawiłeś się tylko po to, by uratować mi życie? Rozumiem, ze jesteś aniołem czy czymś tam, ale nie wierzę w bezinteresowność, nawet ze strony Pana Boga.
Skrzydlaty zaśmiał się i opadł na oparcie krzesła.
- Spryciula z Ciebie, nie myślałem, że od razu mnie przejrzysz. I masz rację. Za uratowanie Ci marnego, bezsensownego i okropnie monotonnego żywota, odwdzięczysz mi się. Zdradzę Ci tylko, że Twoja misja nie będzie łatwa.
I tak właśnie Jade znów została sama, z kotłującymi się w głowie myślami. Czy on jeszcze wróci po to, co mu się należy? Miejmy nadzieję, że nie. Ale jak wiadomo – nadzieja matką głupich. I grzeszników.
- Dobrze więc. Jestem… tu powinien być werbel…- szepnął cicho – Twoim Aniołem Stróżem! – Wykrzyknął Edrahil, przybierając pozę Michaela Jacksona i śmiejąc się pod nosem.
Kobieta upuściła lampę. To co usłyszała, wydało jej się naprawdę kiepskim żartem. Tyle, że te skrzydła, które widziała..
- Nie wierzę Ci. To nie jest możliwe!
Wybawca przybrał poważną minę. Naprężył mięśnie i zaczął śmiać się z tego co robi, jednak za jego plecami pojawiły się ogromne, ciemnoszare skrzydła. Zamachał nimi i wzbił się w powietrze niczym… anioł. No tak, w rzeczy samej. Jade upadła na ziemię z przerażenia. Edrahil stanął na ziemi i podniósł ją na rękach, układając znów na kanapie. Zaraz potem odsunął się i znów zasiadł na swoim miejscu.
- Jak to możliwe?! Skąd się wziąłeś, po co przyszedłeś?!! – Odezwała się słabym głosem.
- To, że nie wierzysz w anioły, nie oznacza, że nie istnieją. Tak samo jest z Niebem i Piekłem, choć w to drugie wierzy raczej większość nie-abstynentów po dobrej imprezie.
A to, że pytasz po co przyszedłem nieco mnie dziwi. Właśnie uratowałem Ci życie. Zero wdzięczności. Właśnie dlatego chcę rzucić tę robotę.. – Mruknął pod nosem.
- Więc zjawiłeś się tylko po to, by uratować mi życie? Rozumiem, ze jesteś aniołem czy czymś tam, ale nie wierzę w bezinteresowność, nawet ze strony Pana Boga.
Skrzydlaty zaśmiał się i opadł na oparcie krzesła.
- Spryciula z Ciebie, nie myślałem, że od razu mnie przejrzysz. I masz rację. Za uratowanie Ci marnego, bezsensownego i okropnie monotonnego żywota, odwdzięczysz mi się. Zdradzę Ci tylko, że Twoja misja nie będzie łatwa.
I tak właśnie Jade znów została sama, z kotłującymi się w głowie myślami. Czy on jeszcze wróci po to, co mu się należy? Miejmy nadzieję, że nie. Ale jak wiadomo – nadzieja matką głupich. I grzeszników.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz